dupa
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Koza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Dyrcio
NPC
avatar

Liczba postów : 96
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Koza    Sob Paź 06, 2012 1:07 pm

    Koza. Mało kto tu zawitał, a Ci, którzy już przekroczyli jej próg, podobno po powrocie do żywych już nigdy nie byli tacy jak zwykle. Bo kto w końcu byłby na tyle głupi, by narazić się Dyrciowi?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://helltalia.forumpl.net
Prusy
Admin
Uczeń
avatar

Liczba postów : 152
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Re: Koza    Sob Paź 06, 2012 1:32 pm

...No i znowu tu wylądował.

Wypuścił głośno powietrze, omiatając spojrzeniem puste pomieszczenie dość niechętnie. Na litość boską, miał o wiele lepsze rzeczy do roboty niż spędzanie swojego cennego czasu na pieprzonym zbijaniu bąków w tej zakurzonej norze, która teoretycznie miała mu pokazać, jak bardzo karygodne jest jego zachowanie. W rzeczywistości taka bezczynność jedynie frustrowała Prusaka, sprawiając, że chwilę po odbyciu kary i tak wracał do standardowego stylu bycia, bo to przecież tak bardzo do niego pasuje. Bo to takie zajebiste.
A to wszystko tylko przez to, że oczywiście podczas swojej nocnej wędrówki do babskiej części bursy musiał koniecznie natknąć się na tego kulawego woźnego, któremu oko tak śmiesznie ucieka na bok. Facet nie dał się złapać na wielce wiarygodną bajeczkę o tym, że Gilbert jest lunatykiem (chociaż na jego korzyść mogły działać trzy butelki piwa przemycane pod kurtką), i tym sposobem wylądował tutaj. Life is brutal.
Cisnął swoją podniszczoną torbą na jedną z wolnych ławek, mrucząc pod nosem coś, co zdecydowanie nie zostałoby dopuszczone przez cenzurę, z cieniem znużenia zerkając na zegar. Kilka zmarnowanych godzin z życiorysu wypadałoby mimo wszystko jakoś spożytkować, prawda? Przez chwilę przeszło mu na myśl, że mógłby się pouczyć, bo w końcu jutro mają dość spory sprawdzian, ale koniec końców standardowo machnął na to łapskiem. Jest cholernym geniuszkiem, nie musi nawet otwierać książki, by o tym wiedzieć. A i tak najwyżej nie pójdzie. Bo po cholerę. Nadrobi się. Zawsze jest drugi termin. W dodatku po cholerę mu jakieś pierdoły, kuźwaichmać, zawracanie głowy, on sobie da radę-
- ...Ktoś tu w ogóle planuje przyjść? - zirytowany otaczającą go ciszą powiedział to stosunkowo głośno, zerkając na drzwi kątem oka. Nogi wpakował na blat w dość nonszalanckiej pozie, splatając łapska na piersi i odchylając kark do tyłu z cichym sykiem, by oddać się czemuś tak fascynującemu, jak kontemplacja sufitu. Jeśli w przeciągu pięciu minut nikt tu się nie stawi, to Gilbert po prostu stąd schrzani - po cholerę ma marnować swój czas na jakieś bzdurne kary, skoro i tak nawet nikt tego nie odnotuje? Właściwie to i tym razem planował się nie stawić, ale po ostatnim ostrzeżeniu, które doszło do jego ojca...
Skrzywił się na samo wspomnienie rozmowy z rodzicem. Nigdy więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Admin
Przewodniczący rady
avatar

Liczba postów : 120
Dołączył : 09/05/2012
Skąd : Londyn.

PisanieTemat: Re: Koza    Nie Paź 07, 2012 11:41 am

Z pewną dozą złośliwości odpowiadając na pytanie zadane w temacie... Owszem, Prusak jest tym skończonym idiotą, który wręcz hobbystycznie naraża się najwyższej władzy, co gorsza, pociągając za sobą wianuszek niewinnych ludzi. Ku wielkiej irytacji Arthura, aktualnie również on był jednym z nich.
Konsekwentnie przełykał narastającą gorycz spowodowaną czymś tak haniebnym jak osadzenie jego - WIELKIEGO PRZEWODNICZĄCEGO - w miejscu, gdzie zbierają się najgorsze typy z całej szkoły. Kwestię tego, że wcale nie tak dawno sam należał do ów niezbyt chwalebnego grona z wielką chęcią pominąłby milczeniem, nadal zawzięcie usiłując przestawić się na tryb nieskażonego przewinieniem reprezentanta tej cholernej placówki. I trzeba przyznać, że całkiem nieźle mu to wychodziło. Do czasu.
Wraz z mamrotem przekleństw skierował swe ponure oblicze do tego okraszonego złą sławą pomieszczenia. Mimo tak wielkiej ujmy, nadal planował znieść to z godnością. Tym bardziej, że w tym całym pieprzonym zamieszaniu Anglik był tutaj poszkodowanym - wszak gdyby nie ta cholerna zgraja gnojków, mógłby oddać się aktualnie całej gamie swoich jakże-interesujących-zajęć.
Zatrzymując się wreszcie tuż przed drzwiami, rozejrzał się jeszcze raz nerwowo wokół siebie, nie chcąc, by ktokolwiek dojrzał jego porażkę. A jeśli nawet, to przecież Brytyjczyk ma w poważaniu, co reszta o nim myśli. Ahahahaha. T-tak.
Dalej liczył, że osoba, z którą dane mu będzie dzielić ten okrutny los, z bliżej nieznanych przyczyn spieprzy przed karą lub w ogóle się nie stawi. W pewnych sytuacjach Arthur bywa cholernie naiwny i wręcz przepełniony nadzieją.
...I dokładnie w tym samym momencie z refleksji mających na celu dodanie sobie otuchy wyrwał go skrzekliwy głosik Prusaka.
- Y-you bloody bastard... - wysyczał nienawistnie pod nosem, by moment później machinalnie zacisnąć zęby, próbując jak najbardziej opanować wszelkie przejawy skrajnej wrogości. Do jasnej cholery, Kirkland, będziesz z nim siedział przez jakiś czas. Ukręcisz mu kark kiedy indziej. Powoli.
Wchodząc wreszcie do środka, tuż po minięciu progu skierował nieco niepewny wzrok na jego standardowo pozbawioną jakichkolwiek manier osobę, by jednak moment później przybrać na twarzyczkę chłodny bezwyraz, jednocześnie wyciągając otwartą dłoń przed siebie, chcąc powstrzymać tym jakiekolwiek poruszenie z jego strony.
- Siedź na miejscu i milcz. Ani słowa. - wymamrotał pod nosem zdecydowanym tonem, automatycznie odwracając wzrok w stronę okna, gdzie moment później skierował również swoje kroki. Pieprzona dyrekcja. Pieprzona szkoła.
- ...Obaj chcemy, by ten cyrk jak najszybciej się skończył, right?
Cóż, przynajmniej próbował brzmieć bezkonfliktowo i profesjonalnie.
W gruncie rzeczy, aktualnie było mu najbardziej na rękę, by nie wchodzić z tym upierdliwym Niemcem w jakiekolwiek kontakty. Łudząc się, że tyle wystarczy, odłożył ostrożnie torbę na podłogę, by wpakować się wreszcie na miejsce tuż przy oknie i stanowczym ruchem odgarnąć tą irytującą firankę, zakładając nogę na nogę. Przynajmniej poogląda sobie z pozycji uciemiężonego te rzesze wolnych ludzi na zewnątrz. Nie ma innego wyboru - bezproduktywnie przeczeka te cholerne kilka godzin. Ewentualnie obmyśli jak najbardziej wyrafinowane próby zemsty... Damnit.

_________________

A oto i Arthur. Chodząca potęga.


Prusak tu był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Admin
Uczeń
avatar

Liczba postów : 152
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Re: Koza    Czw Paź 11, 2012 5:49 am

Po tak karygodnie długim czasie niezapewnienia Prusakowi stałej opieki, jak granice trzech-pięciu minut, Gilbert postanowił jednak zmienić lokal, głośno psiocząc na tutejszą obsługę. Do kuźwy nędzy, skoro już ląduje w tym pieprzonym pokoju bez klamek, to z łaski swojej mogliby mu zapewnić jakąś niańkę, której zadaniem byłoby zabawianie jego jakże wywyższonej osoby przez całe popołudnie. Najlepiej, by była to jakaś dupeczka, atmosferka od razu stałaby się bardziej przyjazna, cholera jasna-
- ...Pieprzę to. - wyburczał pod nosem nienawistnie, energicznym szarpnięciem przechwytując swoje graty z sąsiedniej ławki i przerzucając torbę przez ramię w wyćwiczonej pozie, by w końcu ewakuować się z tej nieszczęsnej kozy, gdzie i tak stracił cenne pięć minut ze swojego już imponującego życiorysu. Przez tyle czasu można zrobić w pizdu, zjeść kanapkę, pójść na spacer, poznać sens życia..! Szkoda więc marnować go na posiadówki w szkole w godzinach pozalekcyjnych, a kto się z nim nie zgodzi, ten-
Dalsze próby skrócenia sobie tych godzin niedoli uniemożliwiła mu jednak wspomniana wyżej dupeczka blondynek w wykrochmalonych gaciach, który właśnie oddzielał się od stojącego naprzeciwko albinosa wyciągniętym łapskiem. Gilbert z roztargnieniem wlepił spojrzenie w jego dłoń, jakby oczekując wypisanej na niej odpowiedzi, o co temu idiocie właściwie teraz chodzi, by wreszcie sennie powędrować wzrokiem na zaciętą arthurową twarzyczkę, unosząc pytająco brwi. I trudno było w tym momencie nazwać jego wyraz twarzy szczególnie inteligentnym.
- Jak głowa po nocy, panie przewodniczący? - w końcu jednak na jego bladym licu pojawił się standardowy dla niego uśmieszek idioty o zdecydowanie zbyt dużym ego, a Prusak skorzystał z tego jakże oddzielającego ich od siebie gestu Arthura i po prostu przybił mu piąteczkę, bo w końcu czemu nie. Wystawił tą rękę, to pewnie chciał. W końcu byli kumplami, kuźwajegomać, Arthur Kirkland i Gilbert Beilschmidt, królowie melanżu, to już chyba czas, by wymyślić jakieś tajemne powitania.
- ...To może po prostu odnotuj gdzieś, że to odbębniliśmy, ja pójdę do domu, Ty pójdziesz do jaskini, czy gdziekolwiek Ty siedzisz w wolnym czasie, nikt się nie dowie, wszyscy będą szczęśliwi? - przewrócił ślepiami, opuszczając wreszcie to jego łapsko naporem swojej ręki i wymijając go z wdziękiem, jaki mógł posiadać tylko facet, któremu nadal pozostała ta niezgrabność wieku dojrzewania. W końcu taka opcja zadowalała nie tylko jego, bo sam Anglik również wyglądał na średnio zadowolonego z faktu, że będzie tu musiał spędzić całe cholerne popołudnie. W końcu nawet on pewnie ma jakieśtam życie poza lekcjami, chociaż Prusak i tak sądził, że po zakończeniu lekcji on po prostu kładzie się w jakiejś trumnie i czeka na następny dzień na zabawie w pieska dyrcia i rozwiązywaniu zadanek z sinusów, cosinusów i z czegokolwiek tam jeszcze można robić zadanka.
Jego weekendy muszą być przykre.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Admin
Przewodniczący rady
avatar

Liczba postów : 120
Dołączył : 09/05/2012
Skąd : Londyn.

PisanieTemat: Re: Koza    Czw Paź 11, 2012 6:41 pm

Cóż za brak szacunku. Cóż za beznadziejna arogancja.
Raczej nie pałając zbyt wielką chęcią do dalszej integracji z Gilbercikiem, postanowił po prostu odciąć się od niego każdą możliwą drogą. Tak więc - wraz z chwilowym milczeniem, które jakimś cudem wreszcie zapanowało w pomieszczeniu - żachnął się jakże wyniośle w stronę przeciwną do jego irytującej osoby, niemal przyklejając się do pobliskiego parapetu.
...Chociaż wizja spędzenia pieprzonych pięciu minut z kimś takim jak ten cholerny żabojad, jednak, mimo wszystko, była o stokroć gorszą od aktualnej sytuacji, także - wspinając się na wszelkie wyżyny swojej głęboko skrytej kompromisowości - postanowił tę sytuację po prostu przehibernować, udając, że jest cholernie zajęty.
Idąc w ślad swojej złotej myśli, nachylił się nieznacznie w kierunku torby, zaczynając raczej mało subtelnie przedzierać się przez gąszcze zeszycików, piórniczków, notatniczków i całej reszty zbędnych pierdół w poszukiwaniu losowego podręcznika. I już zacisnął dłoń na twardej oprawie książki, gdy, jakże złośliwie, jął odezwać się Prusak w nagłym tknięciu swojego gołębiego serca. Fuck off.
- Zbędna troska. - urwał temat oschłym burknięciem, wlepiając w jego grzbiet najbardziej perfekcyjne spojrzenie bazyliszka. Kretyn. Jak on w ogóle śmie mu to wypominać, tym bardziej, że te żałosne przedstawienie zaczęło się tylko i wyłącznie z jego winy, do cholery!
Wyjmując wreszcie niedoszłą lekturkę może nieco bardziej nerwowym ruchem, w końcu ułożył ją na własnych kolanach, by otworzyć gdzieś po środku, nie wiedząc, od czego właściwie ta książka jest. Ale to w tej chwili nie jest priorytetem - ważne, że może śledzić tekst wzrokiem, kreując się na obiekt jak najbardziej odpychający.
...A gdy wreszcie dotarła do jego uszu ów wielce błyskotliwa propozycja, mimo usilnych prób powstrzymania pogardliwego odruchu, parsknął cicho pod nosem, wykrzywiając nieznacznie kącik ust ku górze. Naiwny dzieciak.
- Nie mam zamiaru podzielać Twojego nędznego losu, geniuszu. - oderwał na moment spojrzenie od natłoku literek, zatrzymując je chwilę na dość bezmyślnym wyrazie twarzy Prusaka. Naprawdę łudził się, że jaśnie Dyrektor nie obserwuje ich w każdej sferze życia? Hmph. - ...Nie będę Cię też zatrzymywać, idioto, wizja pozbycia się Ciebie jest nawet przyjemna. - powolnym ruchem przełożył kartkę, by machinalnie wyprostować grzbiet i zerknąć na niego dość beznamiętnie, ponownie odwracając głowę w stronę przepełnionych tekstem stronic.
Pauza, która nastąpiła właśnie w tym momencie mogłaby się wydać cokolwiek dziwna, gdyby nie to, że Arthur jeszcze bardziej poszerzył swój i tak krzywy grymas, przekrzywiając lekko głowę na bok, wręcz emanując poczuciem władzy.
- ...Ale znasz konsekwencje. - i tu był haczyk, proszę państwa. Zdanie-klucz. Magiczne zaklęcie. Słowa, które wprawiły Anglika w poczucie wyższości, nawet wtedy, gdy okupywał kozę!

_________________

A oto i Arthur. Chodząca potęga.


Prusak tu był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Admin
Uczeń
avatar

Liczba postów : 152
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Re: Koza    Pią Paź 12, 2012 5:58 pm

- No, to miło było, serdecznie pana pozdrawiam, życzę miłego popołudnia. - już nawet nie słuchając tego, co tam gderał do niego Anglik, raczej leniwie powlókł się w stronę wyjścia z tej nieszczęsnej kozy, z gracją nosorożca przy okazji zaczepiając swoją drobną osóbką o każdy z okolicznych mebli. CO OCZYWIŚCIE BYŁO CELOWE, JAK JUŻ WYJŚĆ, TO Z ROZMACHEM. I całą masą niepotrzebnego huku. Khm.
I już położył łapsko na klamce, już nacisnął, uchylając częściowo ten magiczny portal do lepszego świata, gdy w końcu wychwycił jednak to ostatnie zdanie, które jakimś magicznym sposobem sprawiło, że Gilbert zastygł tak na chwilę bez ruchu, z otępieniem analizując powoli schodzącą farbę z drzwi przed jego twarzą. Konsekwencje. Co za irytująca ironia losu, że zdrowy rozsądek u Gilbercika ujawnia się nie wtedy, gdy radośnie pakuje się w jakiś konflikt z prawem/konflikt z Dyrciem/konflikt z czymkolwiek/ogólne bagno, lecz w momencie, gdy zagrzebany już jest w nim po uszy. Prawie jak dzieciak, który obrywa paskiem szanownego rodziciela po gołym dupsku, szkoda tylko, że w takim przypadku jednak Prusak nie wyciągnął ze swoich dotychczasowych perypetii innej nauki niż 'nie daj się złapać'. Co oczywiście też niesie za sobą pewną mądrość, well.
- ...Gnojek. - syknął nienawistnie, energicznie zatrzaskując drzwi i ostatecznie jednak zawracając na poprzednio zajmowaną pozycję w ławce przy oknie, uprzednio całą swoją frustrację wynikłą z zaistniałej sytuacji wkładając w pieprznięcie swoim szkolnym ekwipunkiem o posadzkę z dość sporym impetem. Może Gilbert nie należał do Mensy, ale nie był też idiotą, do cholery! Chociaż. NIE, NIE BYŁ IDIOTĄ. NIE BYŁ. BYŁ ŚWIETNY. NIESAMOWITY WRĘCZ. ZAJEBISTY. A w tą zajebistość wliczało się też ponad przeciętne IQ, nie to, żeby ktokolwiek miał jakieś wątpliwości. A odnośnie tej ostatniej pizda z chemii, to wszystko przez ten pieprzony biorytm!
Z wyraźnym nabzdyczeniem wręcz rozlał się na blacie, opierając brodę o splecione łapska i spojrzeniem bazyliszka traktując tablicę przed sobą, usiłując siłą woli sprawić, że jakaś magiczna siła zlikwiduje osobę pana przewodniczącego, teraz zajętego pasjonującą lekturką jakiejś książeczki. Gilbercik łypnął na niego przez ramię, unosząc jedną brew i przekrzywiając łeb pod dziwnym kątem, usiłując dopatrzyć się tego, co widniało na okładce. Na litość boską, czy on... CZY KTOKOLWIEK KIEDYKOLWIEK GDZIEKOLWIEK CZYTAŁ PODRĘCZNIK OD PIEPRZONEJ INFORMATYKI, CZY Z TYM KOLESIEM POWAŻNIE JEST COŚ NIE TAK, CZY ON ABY NIE POTRZEBUJE POMOCY. Poważnie. Kirkland, poważnie. Poważnie, wtf.
Parsknął pod nosem, gwałtownie odwracając się w swoją stronę, co mogło prezentować się mimo wszystko cokolwiek dziwnie w momencie, gdy druga osoba jest niewtajemniczona. No ale pieprzyć to, atmosferce tutaj nic mimo wszystko nie powinno już zaszkodzić.
Gilbert zarechotał do siebie.
- Chcesz wody?

NO, PRAWIE WSZYSTKO.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Admin
Przewodniczący rady
avatar

Liczba postów : 120
Dołączył : 09/05/2012
Skąd : Londyn.

PisanieTemat: Re: Koza    Pon Paź 15, 2012 9:06 pm

...Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jak monstrualną satysfakcję czuł Anglik w momencie, gdy Prusak zatrzasnął drzwi, próbując w ten sposób wyładować swoje pokłady agresji. Wiecznie nieświadomy, do cholery, zanim nie powiadomisz go o jakichkolwiek skutkach, ten zdąży już setny raz wylądować na dywaniku przed jakże przerażającym obliczem Dyrcia. Idiota.
Jako, że sytuacja w tym momencie nie wymagała żadnego komentarza – a wręcz, póki co, był całkowicie zbędny – jedynie uniósł oba kąciki ust w przesyconym jadem uśmieszku, odprowadzając jego niezbyt zgrabnie poruszającą się sylwetkę wyraźnie niesympatycznym spojrzeniem. Przez krótki moment nawet nie mógł powstrzymać się od krótkiego, szybko stłumionego chichotu, by już zaraz potem na powrót zasłonić połowę twarzy tą nieszczęsną książką od informatyki. Ta chwilowa przewaga wydała się dla Arthura tak kolosalna, że Prusak aktualnie powinien czuć się bezpowrotnie zniżony do partneru. Zmiażdżony niezaprzeczalną siłą władzy Przewodniczącego. Pozbawiony jakiejkolwiek linii obrony, psiamać.
Lustrując jego emanujące złą energią zwłoki, zmrużył protekcjonalnie ślepia, coby, już nawet nie próbując się kryć z dość kretyńską tematyką lekturki, zagłębić się wreszcie w tej mało zachęcającej ścianie tekstu o bzdetach, które bynajmniej nie stały na szczycie hierarchii arthurowych zainteresowań, mając zamiar zapomnieć o osobie Gilbercika przynajmniej na jakiś czas. Chociaż chwilę. Momencik.
...Aczkolwiek niemal utopijne marzenia o świętym spokoju niedługo potem - a jakżeby inaczej - zmąciło nagłe zainteresowanie Prusaka poalkoholowym stanem coraz bardziej zirytowanego tą cholerną sytuacją blondyna. Dostrzegając znad podręcznika jego twarzyczkę o stanowczo zbyt butnym jak na ten moment wyrazie, machinalnie zmarszczył brwi, by, przez moment utrzymując ten jakże pełen żywej nienawiści kontakt wzrokowy, ostatecznie wcisnąć raczej mało delikatnie czubek buta w dolne rejony jego kręgosłupa. I już nawet miał całkowicie w poważaniu, że musiał się przy tym nienaturalnie wygiąć. …A Ty chcesz w mordę, do diabła?!
Nie. Stop. Spokojnie, Kirkland, w końcu chciałeś się bawić w profesjonalistę, prawda? Byłoby głupotą tak dziecinnie prosto dać się sprowokować komuś o tak nikłym intelekcie. Skrajnie nikłym.
- Niepotrzebnie się zamartwiasz. Niestety, nadal nie jesteś interesującym partnerem do jakiejkolwiek wymiany zdań, psiakrew. – ...odrzekł więc wbijając na oficjalne tony, starając utrzymać swoje, dość zszargane zresztą, nerwy na wodzy, chociaż to wcale nie było takie proste. Znudzony Prusak = upierdliwy Prusak.
Mamrocząc pod nosem dalszy ciąg rozdrażnionego bełkotu, z impetem odłożył książkę na ławkę, aby podeprzeć głowę o zgiętą rękę i kolejny raz obdarować go pełnym niechęci wzrokiem, mając ochotę jedynie zedrzeć ten idiotyczny uśmieszek z jego pieprzonego ryjca.
- ...Więc zamknij jadaczkę i wróć do swoich żałosnych spraw. Jesteś zbędny.
...Ale czy aby na pewno siedzący tuż przed nim albinos był aż tak cholernie zbędny? Samotnie okupujący kozę przewodniczący prezentowałby się, mimo wszystko, gorzej... A przynajmniej tak próbował sobie wmawiać sam Arthur, wręcz rozpaczliwie usiłując znaleźć jakiekolwiek korzyści, nawet, jeśli to była tylko żałosna próba autosugestii. Zdając sobie sprawę, iż poprawa wyraźnie nadszarpniętych kontaktów raczej nie wchodzi w grę, odwrócił nieznacznie łepetynę w stronę przeciwległej ściany obwieszonej wszelkimi, oczywiście całkiem zbędnymi plakatami. Jakże gustownie.

_________________

A oto i Arthur. Chodząca potęga.


Prusak tu był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Admin
Uczeń
avatar

Liczba postów : 152
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Re: Koza    Sro Paź 17, 2012 9:01 pm

- Wyglądasz teraz cholernie niekorzystnie, Kirkland, uznaj to za koleżeńską troskę. - przewrócił ślepiami, odsuwając od siebie cholernie subtelnym pchnięciem jego szlachetne stópki, by odwrócić się w stronę Arthura na zajmowanym krzesełku, splecione łapska pakując na oparcie. - NIE TO, ŻEBYŚ GRZESZYŁ URODĄ, CZY COŚ, KHM. Mówię poważnie, mistrzu, weź się chociaż prześpij.
O dziwo w głosie Prusaka dla odmiany nie było słychać tej standardowej dla niego kpiny, a skacowany Brytyjczyk zdawał się przecież nawet niezłym materiałem na aktualną ofiarę Albinosa! Cóż, Gilbert w swoim nie aż tak długim życiu przeszedł mimo wszystko dość sporo, a jak na nieletniego wlewał w siebie zadziwiająco spore ilości napojów wyskokowych. Nie tyle, co prawda, co ten cholerny ruski lub wrzaskliwy Polaczek szmuglujący swoją stajnię do bursy, ale nadal był dość... Obeznany. Dlatego też z łaski swojej natychmiast ściszył odrobinę swój skrzekliwy głosik, jakże litościwie oszczędzając panu przewodniczącemu dalszych tortur. Lepiej, by ten był mu za to wdzięczny. Gnojek.
Szkoda tylko, że ten swoją kolejną uwagą sprawił, że Gilbert wyzbył się natychmiast wszystkich dobrych intencji-
- Wróciłbym, ale ktoś - tu przerwał na moment, by posłać mu krótkie, raczej dość wymowne zerknięcie - wyraźnie dał mi do zrozumienia, że musimy spędzić razem cholerne popołudnie, blondyneczko.
Ostatnie słowo wypowiedział z wyraźnym naciskiem, wręcz rozkoszując się jego brzmieniem. Świetnie wiedział, jak sprowokować sporą część szkolnej populacji - jednym z jego licznych talentów było działanie ludziom na nerwy, czym cholernie się chlubił, a skoro przez to grono jego najbliższych fanów kumpli było niebezpiecznie wąskie, to to już nie była Gilbercika wina! Niektórym po prostu brakowało dystansu do swojej osoby, którego albinos miał aż za nadto! Nie to, by go potrzebował, bo był przecież cholernie idealny, a Ci, którzy mieli czelność przekazać mu, że mają inne zdanie, często lądowali w gabinecie pielęgniarki, ale nie to, by to działało na jego niekorzyść!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Admin
Przewodniczący rady
avatar

Liczba postów : 120
Dołączył : 09/05/2012
Skąd : Londyn.

PisanieTemat: Re: Koza    Sob Paź 20, 2012 7:53 pm

Z coraz bardziej narastającym zniecierpliwieniem zlustrował go wzrokiem, nawet nie myśląc o tym, by z łaski swojej odwrócić głowę w jego stronę. Już samą swoją cholerną egzystencją Prusak powoli, konsekwentnie, doprowadzał go do jednego z ostatnich stadiów irytacji, co skutkowało ukazaniem się tej strony Anglika, która nigdy nie powinna wyleźć na światło dzienne. A przynajmniej właśnie o to każdego ranka mamrotała pacierze cała rzesza tego cholernego tłumu ludzi raczej niepałających gorącą miłością do Brytyjczyka. I z wzajemnością, oczywiście.
...Kiedy do arthurowych uszu dotarła w końcu jakże opiekuńcza uwaga Prusaczka, jedynie wykrzywił usta w gorzkim grymasie, samemu właściwie nie wiedząc, kiedy było mu dane porządnie się wyspać. Cóż, Anglik był raczej wyznawcą zasady 'sen jest dla słabych' - nie miał innego wyboru, jako dumny przewodniczący zwykle większą część dnia spędzał na wypisywaniu jakichś durnych papierków i bieganiu na każde zawołanie Dyrcia, starając się wypełniać jego pieprzone zachcianki. Nie ma czasu na sen… A gdy już w końcu jest, to, na litość boską, przecież nie może być nieprzytomny w towarzystwie kogoś takiego jak Gilbert! I nawet ryzykowanie standardowymi w przypadku Arthura dołami pod oczami oraz chorobliwie bladą, wręcz przezroczystą twarzyczką jest niczym w porównaniu do tego, do czego ten kretyn byłby zdolny.
- Pieprzę Twoją troskę, idioto. To zdecydowanie nie jest Twoja sprawa, right? - wymamrotał beznamiętnie, niemal całkowicie tłumiąc swój głos dłonią, którą aktualnie zasłonił sporą część ust, nadal opierając się na wbitej w szkolny blat ręce. Przecież posiada w sobie jeszcze chociaż na tyle dużo honoru, by nie słuchać rad od kretyna, który – biorąc pod uwagę sam jego sposób bycia – najwyraźniej dąży wyłącznie do tego, by wreszcie ktoś go zawiesił. Niejednokrotnie nawet Anglik miał chęć wypełnić jego cel, aczkolwiek za każdym razem dochodził do wniosku, że sprawiłoby mu to zbyt wielką przyjemność. Nie mógł dopuścić, by temu zadufanemu idiocie wszystko układało się idealnie, psiakrew. Za wszelką cenę.
…I w tym momencie doznał olśnienia. Przecież zawsze może się ewakuować o kilka ławek dalej, prawda? Bliższa integracja w tym miejscu z kimkolwiek wydawała mu się raczej absurdem - a już zwłaszcza z tym upierdliwym, szwabskim osobnikiem.
Korzystając z tego przywileju, zacisnął pośpiesznie dłoń na torbie, by przerzucić ją już mniej delikatniej niż przedtem na blat tuż za sobą, coraz bardziej wyłączając się na prusakowe brzęczenie o tym, jak to cholernie Anglik zapragnął jego towarzystwa w kozie. Bądź mi wdzięczny, przynajmniej raz nie dostaniesz po dupie.
- Na litość boską, możesz wreszcie się zamknąć? Dziękuję uprzejmie. – pozostając jeszcze przez chwilę na miejscu, ostatecznie zaparł się łokciami z zamiarem podciągnięcia się do pionu. Koniec końców pozostał w tej dość specyficznej pozie, przybliżając się nieznacznie w kierunku Prusaka z zamiarem zamrożenia go wzrokiem i zaprezentowania swojego cholernie wielkiego niezadowolenia.
- …Nie nazywaj mnie tak. Nigdy. Zdechnij.
Bynajmniej nie zabrzmiało to zbyt zabawnie - nieco zniżony ton głosu Anglika przywodził na myśl dość przekonujące złowróżenie.

_________________

A oto i Arthur. Chodząca potęga.


Prusak tu był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Admin
Uczeń
avatar

Liczba postów : 152
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Re: Koza    Pon Paź 22, 2012 1:54 pm

- Mam gdzieś, jak się czujesz, ale Twoja twarz aktualnie drażni moje wyczucie estetyki, do kurwy nędzy. - obnażył zęby w firmowym uśmiechu, który miał Anglikowi dać do zrozumienia, o ile lepszy jakościowo jest od niego Gilbercik - ...Mówię serio, idioto, wyglądasz na bledszego niż ja. A to ja tu jestem albinosem i tylko mi to służy.
Prusak był raczej pogodzony ze swoim bielactwem - co prawda utrudniało mu to trochę wypady na plaże i nieudolne próby opalenia swoich nieco sinych boczków, bo musiał się w takim momencie natrzeć wszystkim, co znalazł i co zawierało w sobie jakikolwiek filtr, niezależnie od tego i tak wracając do domu z lżejszymi lub mniej oparzeniami, które przez jakiś tydzień uniemożliwiały mu wygodne ułożenie się na grzbiecie. Na brzuchu. W pozycji siedzącej. Noszenie jakichkolwiek ubrań. I może przez to kolor jego skóry nie prezentował się zbyt zdrowo, tym bardziej z połączeniu z bezbarwnymi kudłami i ślepiami o kolorze przypominającym raczej oczy królika niż większości ludzi, ale, na litość boską, Arthur wyglądał tak, jakby miał się zaraz przewrócić. I nie ma w tym stwierdzeniu nawet odrobiny przesady.
I już miał przekazać mu swoje złote rady na ten temat, bo w końcu Anglia tak cholernie potrzebował jego wsparcia w tym momencie, ignorując nawet jego sugestię odnośnie tego, że powinien wreszcie zamknąć japę i dać człowiekowi po prostu żyć, gdy jakże przeurocza twarzyczka znalazła się nagle niekomfortowo blisko rozszerzonych ślepi Prusaka, który chwilę później zastąpił lekko zdezorientowany wyraz bardziej zaciętym. Tak chcesz się bawić, gnojku? Nie dość, że Gilbert łaskawie usiłuje po dobroci usiłuje rozładować tą jakże przyjazną atmosferkę panującą w kozie, to ten nie tylko nadal zachowuje się cholernie antypatycznie, to teraz jeszcze życzy Szwabowi śmierci? Gilbert zacisnął wargi w wąską linię, unosząc jedną brew, by z cichym parsknięciem obrócić się na zajmowanym krześle do normalnej pozycji, wyciągając z kieszeni komórkę i uruchamiając jakąś durną gierkę o ciskaniu drobiem, by jakoś zabić pozostały tu czas.
Chciał, by jego jakże wyrafinowany towarzysz się zamknął? Tak, kuźwa, dzień dobroci dla zwierząt, dostatnie dokładnie to, czego tak cholernie pragnął. Dobra wróżka Gilbert dzisiaj spełnia życzenia, chociaż Anglik chyba powinien był lepiej się zastanowić, czego tak naprawdę chce. Beilschmidt wyciągnął się na krześle leniwie, spod zmrużonych powiek ukradkiem obserwując z niemą fascynacją, czy Anglia zdecyduje się samotnie walczyć ze efektami ubocznymi upojenia alkoholowego i sporymi brakami w śnie po ostatnich kilku nockach, czy może w akcie desperacji jednak sięgnie po tak haniebną pomoc w utrzymaniu przytomności, jak brzęczenie współtowarzysza niedoli. I lepiej, by o to ostatnie zaczął go błagać.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Admin
Przewodniczący rady
avatar

Liczba postów : 120
Dołączył : 09/05/2012
Skąd : Londyn.

PisanieTemat: Re: Koza    Pią Paź 26, 2012 10:32 am

Kolejny uśmiech na gilbertowej twarzy. Kolejna chęć bezpardonowego wyrzucenia go przez szkolne okno, które, jakby kusząc wyraźnie wahającego się Anglika, było na wpół otwarte.
- W takim razie odwróć się wreszcie, do cholery. - odsunął się od Prusaka wraz z wyczuciem, że ta odległość jest, mimo wszystko, dość kłopotliwa. Niezmiennie towarzyszyło mu ów nieprzychylne spojrzenie, aktualnie mierzące albinosa dość badawczo - dziwna troska tego kretyna nie mogła wynikać z czego innego, jak z chęci uśpienia czujności ledwo kontaktującego przewodniczącego, by uniknąć tej - cholernie upierdliwej zresztą - kary i czym prędzej spieprzyć z niechlubnego pomieszczenia. Ewentualnie wykonać jeden z całego arsenału idiotycznych żarcików, psiakrew. Ale Arthur się nie da! Nie ma mowy! Nie na jego zmianie!
- Ty nie będziesz widział mnie, ja Ciebie, Ty pieprzony idioto, i od razu wszyscy będą szczęśliwsi. Przynajmniej ja będę. - wykrzywiając usta w możliwie jak najbardziej jadowitym uśmieszku, podparł się wolną ręką o blat ławki, gestykulując drugą w ten sposób, który doprowadza większą część populacji do szewskiej pasji. Pozę wyniosłego dupka Arthur miał wyćwiczoną wręcz do perfekcji. Lata praktyki.
I już miał kontynuować niezaprzeczalnie ważny monolog o własnej wyższości nad większością szkolnej społeczności, już miał uświadamiać Prusaka o jego idiotyzmie, już miał częściowo dać upust własnej irytacji, gdy...
Ta cholerna łajza się obraziła. Tak po prostu. Obraził się. Bez żadnego słowa.
Zastygając na moment w lekkim zdezorientowaniu, uniósł nieznacznie brew. Cel spełniony. W końcu dokładnie o to mu chodziło, prawda?
Wieńcząc dość wymuszonym parsknięciem, ostatecznie z powrotem opadł na wcześniej zajmowanie miejsce, nie widząc już żadnego sensu w migracji na sam koniec klasy. Odchylając się lekko do tyłu, podparł głowę o kawałek ściany oddzielający okna, by zerknąć z cieniem znużenia stronę Prusaka, rejestrując, że ten karaluch jeszcze śmie go obserwować, naiwnie myśląc, że ten fakt umknie uwadze Brytyjczyka. Kiwając łbem z politowaniem, wcisnął w jedno ucho słuchawkę, nawet nie rozplątując wiecznie pomieszanych kabli, chcąc zająć się czymkolwiek, byle tylko nie narazić się na nieplanowaną drzemkę. I mimo tego, że na początku jeszcze próbował sobie jakoś radzić, z każdą kolejną chwilą czuł, że jest coraz gorzej. Wiedział, że Gilbert tylko czeka na moment jego słabości. Przecież ma swoją godność, cholera, nie będzie go prosił o pomoc. Nie będzie. Nie może.
- ...Nie zachowuj się jak dzieciak. - wymamrotał pod nosem tak niewyraźnie, że prawdopodobnie potencjalny odbiorca zrozumiałby to jedynie jako pozbawiony sensu bełkot. I w tym właśnie momencie świat stawał się dziwnie zamazany, a wszelkie dźwięki coraz bardziej zniekształcone. Wola Anglika kazała mu uparcie walczyć z upierdliwie ciężkimi powiekami, jednak - opuszczając bezwładnie dłoń zaciśniętą na komórce - koniec końców jakże kompromitująco poddał się objęciom Morfeusza, zamykając ciasno ślepia. Proszę państwa, oto wielki przegrany - Arthur Kirkland!

_________________

A oto i Arthur. Chodząca potęga.


Prusak tu był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Admin
Uczeń
avatar

Liczba postów : 152
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Re: Koza    Pią Paź 26, 2012 10:11 pm

W momencie, gdy Anglik zaprzestał wzajemnej obserwacji tego malowniczego dueciku, Gilbert, trzeba przyznać, poczuł lekką satysfakcję z wygrania tego małego starcia. Cóż, lubił męską rywalizację, a tu właściwie chodziło o honor. I był gotów uciąć sobie rękę, że Arthur traktował to dokładnie w ten sam, może i dość chory, sposób. Podniósł więc swoje święte cztery litery ze swojego jakże imponującego tronu, by poczłapać wręcz na palcach w stronę swojego towarzysza, pozwalając sobie na tę krótką chwilę triumfu.
- ...Jak jakiś cholerny emeryt. - zarechotał cicho pod nosem, opierając łapsko na blacie obok łba Anglika, by zerknąć na niego z góry dość badawczo.
Jednak prawdą było, że nawet cholerny Hitler wygląda przez sen jak jakiś uśpiony niemowlaczek. Nawet wrzaskliwy przewodniczący, jednostka wybitnie trudna we współżyciu, sprawiał wtedy wrażenie osoby potulnej i nieszkodliwej, ba, wręcz pokojowo nastawionej do otaczającego go świata. Albinos parsknął, w miarę subtelnie wyciągając pojedynczą słuchawkę, która aktualnie smętnie zwisała z ucha Anglika, by przejąć jego komórkę i unieść lekko brwi na raczej punkowe brzmienia, które wybitnie nie pasowały mu do całej aparycji tego wyniosłego dupka, na którego tak usilnie kreował się Arthur. Gilbert leniwie zrolował kable, uprzednio przywracając je do stanu względnego porządku - tu odezwały się w nim te niemieckie nawyki, które raczej kontrastowały z jego standardowym podejściem do życia. Wiele osób było zaskoczonych podczas pierwszej wizyty w pokoju Prusaka - spodziewali się burdelu na kółkach, by zastać raczej schludnie urządzone wnętrze. Cóż, człowiek jest pełen sprzeczności~. Tak samo jak równie zaskakujący był fakt, że albinos postanowił jednak nie spieprzyć stąd w momencie, gdy Arthur umarł - nie to, by chciał spędzić z nim więcej czasu niż trzeba, khm. Po prostu ryzyko bycia złapanym i w przypadku Anglika, i w przypadku Gilberta było aktualnie średnio pożądane - następnym razem już nie będzie się tak pieścił!
Uniósł lekko brew, napotykając cienką strużkę śliny, która malowniczo zdobiła policzek Arthura, by, przybierając na twarz już bardziej zuchwały grymas, wydobyć z kieszeni komórkę i podstawić ją bezbronnemu blondynowi wręcz pod nos, dokumentując tę chwilową niedyspozycję malowniczą foteczką. I kolejną. Tym razem z rąsi. Zemsta jest słodka, do cholery, albo będzie miał materiał na swojego cudownego bloga, albo będzie miał czym go szantażować. Same korzyści.
I już miał nim szarpnąć, by pokazać mu, jak bardzo górował nad nim przez ostatnie pięć minut, by w końcu opuścić już zbliżające się do fraków Anglii łapsko, wypuszczając głośno powietrze. Właściwie, to po kiego ma znowu zwalać sobie na łeb wiecznie prującego swoją śliczną twarzyczkę przewodniczącego? Niech śpi, przynajmniej wtedy jest w miarę przyjemny w odbiorze. Ba, Szwab niechętnie przyznał, że gdyby nie te brwi i fakt, że cały się obślinił, to estetycznie też nie byłby najgorszy. Skrzywił się do siebie na te idiotyczne przemyślenia - Gilbert, kretynie, czas znaleźć sobie babę, roztkliwiasz się nad wdziękami Angola. Gilbert. Gilbert, litości.
Z cieniem zniechęcenia ściągnął z ramion wymemłaną bluzę, by, wypuszczając z siebie cierpiętnicze westchnienie, narzucić ją na grzbiet aktualnie dość bezbronnego Arthura, kaptur lokując na jego łbie i wrócić na swoje miejsce, opadając czołem na blat. Przynajmniej jemu to szybciej minie, do cholery, niech doceni miłosierdzie albinosa. Kochaj bliźniego siebie jak siebie samego, prawda? A Gilbert bardzo brał sobie do serca tą drugą część.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Admin
Przewodniczący rady
avatar

Liczba postów : 120
Dołączył : 09/05/2012
Skąd : Londyn.

PisanieTemat: Re: Koza    Sob Paź 27, 2012 9:16 pm

Wyrywając się wreszcie z tego błogiego stanu, uniósł ciężką głowę, która jeszcze przed chwilą ściśle przylegała do ławki, by skierować przymglony wzrok na zegar znajdujący się tuż nad tablicą i dostrzec, że minęło ponad pół godziny od ostatniego zerknięcia w tamtą stronę. Krótka analiza.
Do jasnej cholery, przegrał. Mimo wielu cholernie realnych przypuszczeń, Anglik był zupełnie nieświadomy, że przez pewien czas pełnił rolę bezwładnego manekina zdanego na gilbertową łaskę, bądź - co bardziej prawdopodobne - jej brak. Pozwolił temu idiocie na tak wielką satysfakcję, która zapewne wzniosła jego poczucie własnej wartości na kosmiczne poziomy; nie wspominając już nawet o tym, że podarował mu w prezencie milion szans na spieprzenie reputacji nieprzytomnego przewodniczącego. Gratulacje, Arthur.
Nadal nie mogąc poradzić sobie z porażką, przetarł chłodną dłonią zaspaną twarz, dość histeryczne szukając spojrzeniem Gilberta, właśnie w tym momencie sobie o nim przypominając. Nie zdziwiłby się, gdyby jedynym śladem jego bytowania zostało aktualnie jedynie niezasunięte krzesło, a jednak - co wprawiło Brytyjczyka w krótką refleksję - ten kretyn nadal tutaj siedział. Co prawda nie wyglądał dość imponująco z łbem wbitym w blat, ale - bądźmy szczerzy - czy ktoś taki jak on kiedykolwiek mógłby prezentować się imponująco?
...Nie zmienia to jednak faktu, że oszczędził Arthurowi godzinnego spowiadania się dyrekcji, dlaczego nie mógł po prostu przykuć tego barana do krzesła. Całkiem miłe.
Odzyskując wreszcie pełną przytomność, dopiero teraz dostrzegł czerwony materiał, który z jakiegoś powodu był narzucony na jego własny grzbiet. Marszcząc nieznacznie brwi, nieco nerwowym ruchem szarpnął kapturem do tyłu, pozbawiając się go w końcu ze swojego łba. Zaraz. Moment.
Z irytacją stwierdzając, że przez krótki moment na jego lica wkracza raczej nieplanowane ciepło, właściwie sam nie wiedział, czy to z powodu zwyczajnej irytacji, czy też raczej ze skrajnego zażenowania tą cokolwiek popapraną sytuacją. Nieważne. Ważne było to, że właśnie padł ofiarą tak cholernie protekcjonalnego gestu ze strony swojego rywala. Mamrocząc coś pod nosem z wyraźną konsternacją, omiótł jeszcze raz ławkę, by zauważyć zmianę pozycji komórki i - o dziwo - słuchawki ułożone w niemal perfekcyjnym porządku. Szlag. Nie dość, że ten pieprzony Szwab śmiał narzucić na tak święte ciało swoją plugawą bluzę, to jeszcze z pewnością grzebał w komórce Anglika, która, notabene, zawierała całą masę śmieci nieprzeznaczoną dla żadnych oczu. Może dodatkowa blokada?
Ocierając strużkę śliny w mankiet pośpiesznie, zgarnął część garderoby albinosa, by z zadziwiającą jak na siebie finezją odsunąć lekko krzesło do tyłu i podnieść z niego swoje zwłoki, pokonując te kilka kroków dzielących go od mebla, na którym znajdował się Gilbert. Całe szczęście, że był odwrócony, do cholery.
Zaciskając nieco mocniej palce na jego bluzie, ostatecznie narzucił ją ostrożnie na jego ramiona, niemal natychmiast prostując grzbiet i krzyżując łapska na piersi w swoim standardowym geście trzymania dystansu do kogokolwiek. Well.
Nie będąc pewnym, czy ten w ogóle cokolwiek zauważył, postanowił go o tym jakże dosadnie powiadomić. Cała ta beznadziejnie kłopotliwa sytuacja wybiła go z rytmu do tego stopnia, że musiał zapowietrzyć się na chwilę, szukając odpowiednich słów, które zresztą i tak końcowo prezentowałyby się dość niezgrabnie.
- N-nieregulaminowa, masz być mi w-wdzięczny, że w ogóle Ci oddałem te cholerstwo. Hmph. - wybełkotał pod nosem, przeklinając się w duchu za każde zająknięcie, które prześladowało go w najmniej odpowiednich momentach. Akurat wtedy, gdy powinien brzmieć cholernie pewnie. Dammit. - ...I nigdy, NIGDY więcej nie ruszaj moich rzeczy, you b-bastard.
...Chociaż był pewien, że ten kretyn z pewnością nie potraktował tego całego przedstawienia w żaden sposób. Jest na to zbyt głupi.
Mierzwiąc nerwowo bardziej niż zwykle potargane kudły, odwrócił nieznacznie głowę w inną stronę, by zacisnąć usta w cienką linię, dalej stercząc w miejscu. Powinien już wrócić. Zadanie wykonane.

_________________

A oto i Arthur. Chodząca potęga.


Prusak tu był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Admin
Uczeń
avatar

Liczba postów : 152
Dołączył : 07/05/2012

PisanieTemat: Re: Koza    Nie Paź 28, 2012 9:53 pm

Gilbert w tym czasie już dłuższy moment zalegał w tej mało wdzięcznej pozie, opierając policzek o zapisany wyrazami wybitnie niecenzuralnymi blat ławki i kątem oka śledząc wyjątkowo powolny ruch wskazówek na naściennym zegarze. Mówi się, że czas jest względny - albinos początkowo nawet nie słuchał, co to niby ma znaczyć, teraz jednak w pełni zrozumiał, co autor miał na myśli. Każdy ułamek sekundy dłużył się w kozie niemiłosiernie, a minuty powoli zaczęły przypominać godziny, gdyż Gilbert zawzięcie odliczał każdą kolejną mijającą sekundę. Kilkakrotnie zerknął przelotnie przez ramię na swojego wrzaskliwego koleżkę, by uśmiechnąć się pod nosem, widząc, że ten dalej zalega pod jego ciuchami, najprawdopodobniej gdzieś w lepszym świecie. Arthur może i był pieprzonym w to jego chude dupsko gnojkiem, ale nawet najgorszemu wrogowi Prusak nie życzył spędzania czasu w ten cholerny sposób - dla z natury energicznego albinosa było to najgorszą torturą. I nawet Kirkland na to nie zasługował. Nawet on. ON.
Przetarł twarz dłońmi, przez dłuższy moment przytrzymując je na swoich czerwonych ślepiach, by głośno wypuścić powietrze z cieniem znużenia. Miał już dość. Tak, cholera jasna, Gilbert Beilschmidt, jednostka oporna na wszystko i wytrzymała jak ten słynny karaluch, którym okrzyknięto go ku jego ogólnej dezaprobacie, miał już dość tego biernego koczowania w coraz bardziej ciemniejącej salce, oczekując na godzinę zero, która pozwoli temu osobliwemu duecikowi odmaszerować w swoją stronę. I już miał zwlec się z tego wygrzanego siedziska, by zacząć krążyć nerwowo po pomieszczeniu, oczekując czegokolwiek, co wyrwie go z tej nużącej monotonii, gdy na własnych ramionach poczuł znajomy ciężar.
- ...Spróbowałbyś nie oddać, cholera jasna, doceń ten gest. Mogłem kazać Ci uprać. - zarechotał pod nosem, powoli wsuwając łapska w rękawy swojej wysłużonej bluzy, z rozbawieniem zauważając, że najwyraźniej zmieszany lekko przewodniczący zaczął się jąkać. Cóż, chyba nawet Żelazny Przewodniczący jest w stanie się czymkolwiek speszyć.
Zapiął suwak pod brodę wymownie, zakrywając kompletnie mundurkową białą koszulę, nie odrywając spojrzenia od Anglika ani na moment. Skoro już łazi w tych idiotycznych gaciach w kratkę, które kojarzyły mu się jedynie z tymi szkołami dla paniczyków (prosto z których wyjęty wydawał się wręcz Arthur), to niech przynajmniej szanowna rada uczniowska odpieprzy się od jego autorskich dodatków do szkolnego uniformu.
Na tą ostatnią uwagę odnośnie grzebania w zabawkach Anglika Gilbert podparł się tylko dłonią o blat, wykrzywiając usta w raczej rozbawionym grymasie.
- Zamknij japę, nie ruszałem nic, czego nie powinienem. Nie interesują mnie Twoje durne esemesie, i tak pewnie nie są zbyt pikantne. - tu przerwał na moment, by posłać mu cholernie promienny uśmiech. Niepokojąco promienny. Tak promienny, że Arthura w tym momencie właśnie powinny przejść zimne dreszcze. - ...Ale słuchasz zaskakująco dobrej muzyki, idioto, aż się nie spodziewałem. Wkurwia mnie to, powinieneś słuchać gorszej.
Zmrużył ślepia, zawzięcie nie odwracając spojrzenia z jego twarzyczki. Ten dzieciak Kirklandów był bardziej interesujący niż mogło się wydawać na początku, cholera.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Koza    

Powrót do góry Go down
 
Koza
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
World Academy :: Akademia W. :: Klasy-
Skocz do: